Są takie dni.

Są takie dni kiedy nie ma się na nic ochoty. Ba nawet nie ma się ochoty otworzyć oczu. I nie mówię o jesieni kiedy pada, a za oknem szaro i zimno. Mówię o błękitnym niebie, promieniach wstającego słońca przenikających do sypialni i… problemach pukających do drzwi. Tak było właśnie dzisiaj.

Pobudka jak zwykle ostatnio w okolicach 5:30 rano. Słońce powoli wynurza się ponad okolicznymi polami. Wiem, że muszę wstać, bo trening sam się nie zrobi, ale nie mam siły i chęci. Szybka wizyta w toalecie. Krótka chwila refleksji i… wracam do łóżka. Chcę przespać wszystkie problemy. A jest ich ostatnio całkiem sporo. Te zawodowe to nawet szkoda wspominać.

A co dalej? Róża ze żłobka przyniosła katar. Zaraz na pewno Tymek też będzie miał. A w piątek ma zaplanowane badania przez wycięciem trzeciego migdałka.  Aż boje się myśleć kiedy nowy termin i czy tym razem się uda. Zwłaszcza, że Róża co ma mieć szczepienie to jest chora.

Szybki kurs z rozwiezieniem ferajny do żłobka/przedszkola/korpo i postanowienie: przyjadę i idę biegać. Tym razem trzeba zrobić tą dyszkę. Szybka kanameczka (tłumaczenie z języka Róży na nasz – kanapeczka) z dżemem, kilka pilnych maili i ruszamy w trasę.

Początek standardowo pod górkę i do Wielkopolskiego Parku Narodowego jak przy dotychczasowej pętli 6 kilometrów. Tempo całkiem całkiem. Trochę płaskiego, trochę z górki. I tak aż do 8 kilometra gdzie zaczyna się spory podbieg. Co ciekawe tempo 5:25 – prawie jak po płaskim. Później trochę kluczenia po Komornikach i wreszcie stuknęło 10 km niemal pod domem. I to z rekordem – może nawet życiowym.

53 minuty i 26 sekund. O ponad 3 minuty lepszy od poprzedniego rekordu z mojego “dorosłego” biegania. A potencjał na lepszy wynik jest, bo i nie był to bieg na 100% możliwości. Grunt, że jest progress. I to w zasadzie z tygodnia na tydzień. W sobotę rekord na 5km, a 3 dni później na 10km. Regularność przynosi efekty. Tylko trzeba wykrzesać z siebie tą odrobinę sił by założyć buty i wyjść z domu.

P.S. Nie wierzcie w to, że bieganie daje jakieś magiczne endorfiny. Chyba, że jednak daje i życie bez tego byłoby jeszcze bardziej do d.. A jak to jest u Was? Ruch poprawia Wam nastrój?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.